rodzynkoweciastko blog

Twój nowy blog

wnioski

4 komentarzy

dietowo jestem w czarnej dziurze, nie wiem już, co jeść, a czego nie, co można, co zrobi źle mojemu brzuchowi, a co żle zrobi mojej psychice.
stwierdzam, że muszę się poważnie zastanowić, co jeść, jak jeść, jak przygotowywać, jak znaleźć czas, żeby to przygotowywać i jak przestać ciągle się odchudzać.
to jest kolejny powód do wyprowadzki – własne robienie posiłków, nie będę na razie przecież robić drugiego obiadu (chociaż w domu pierwszego i tak już zazwyczaj nie ma). dzisiejsze pytanie mamy, kiedy wracałam z dodatkowego angielskiego: „co jadłaś na obiad?”, pytam więc: „a co miałam zjeść?”, „a nie wiem”. i koniec. to jest złe, wiem, że obowiązek zrobienia obiadu nie powinien spoczywać tylko na mamie, ale tak się już wszyscy przyzwyczaili. ja już bym mogła gotować, gdyby tylko mnie ktoś poprosił i nie marudził, że znowu to samo. a kiedy ja na razie mało potrafię i nie mam czasu na kulinarne ekscesy. na dodatek po wczorajszym pieczeniu ciastek zostało kilka foremek w zlewie i nikt nie mógł się zabrać za ich umycie, na dodatek z pretensją powiedziano, że już DRUGI dzień tu leżą. ale ciastka to jedzą!
jejku, zbiera się we mnie górka. burczy mi w brzuszku, ale to nie z powodu tego, że chcę się odchudzać, tylko takiego, że nie jem, bo nie wiem co mam jeść.
dobrze, że fizykę na jutro chociaż umiem.
waga: milion
papierosów: 1, ale był niedobry. mimo wszystko chcę więcej.

tak to już bywa, że piszę głównie wtedy, kiedy coś nie idzie tak, jak powinno. tak jest i dzisiaj. nie chcę narzekać i męczyć żadnego czytelnika (nawet jeśli czytelnik oznacza mnie za jakiś czas), ale muszę sobie trochę ulżyć.

jakiś czas temu w domu była straszna awantura. ojciec uważał, że ja nic nie jem, przez to nie mam na nic siły, nic w domu nie robię, ale słodycze to bym żarła. i akurat rozpoczęła się kłótnia przy otwieraniu przeze mnie słoika ogórków, które, cytuję, „wpieprzam”. zrobiłam bunt, nie jadłam dopóki atmosfera się nieco nie ociepliła. ale, przynajmniej moim zdaniem, jeśli ojciec ma jakiś problem z moimi dietami, to powinien mieć lepszy humor, kiedy z uśmiechem na twarzy zabieram się za kanapkę z pasztecikiem. ale nie, nawet tutaj znajdą się jakieś problemy, okruszki nagle stają się klęską żywiołową, a stojące na blacie opakowanie po tym paskudztwie musi jak najszybciej zniknąć.


ostatnio coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że wyprowadzka z domu to najlepsze wyjście ze wszystkiego. ba, wybawienie od WSZYSTKICH problemów.


problem numer 1: odległość między mną a Kubą. nazywam już wszystkich po imieniu, bo właściwie, co mi szkodzi. a i tak Jakub, Kuba, Kubuś to jest najważniejsza osoba w moim życiu i wspomnienie go tu z imienia jemu też nie zaszkodzi ani trochę. jak przeprowadzka rozwiąże ten problem? hm, oczywiście – nie rozwiąże, ale trochę jednak życie nam ułatwi. będzie troszeczkę bliżej, lepsze połączenia i moja większa swoboda, a co się z tym wiąże – częstsze u Kubusia wizyty.


problem numer 2: matura. zniknie sama nawet wcześniej niż się przeprowadzę i po prostu już jej NIE BĘDZIE. hurra!


problem numer 3: będę jeść, kiedy będę chciała i co będę chciała, będę kruszyć w swojej kuchni (oczywiście trzymając się granic dobrego wychowania), będę sprzątać, kiedy będę mieć ochotę i nie będę chować się z komputerem za każdym razem, kiedy słyszę kroki w przedpokoju.


problem numer 4: nie. wtedy nie będzie już żadnych problemów. przynajmniej takich, jakie mam teraz. bo pewnie znajdzie się milion nowych.




piszę też dzisiaj z powodu takiego, że znowu się złamałam. tylko dzisiaj. ale dalej chudnę i nawet czasem podobam się sobie w lustrze. i od jutra daję radę, dźwigam wszystko i uczę się, chudnę i kocham. mocno.


dzień trzeci.

3 komentarzy
tragedia. pewnie to ta pogoda tak na mnie działa, brak telefonów od J. i spotkanie z K.
zjadłam wieeeelkie opakowanie orzechów, serek wiejski, plasterek sera żółtego i wypiłam dwie herbaty. razem to daje pewnie milion kalorii. a nie, jednak trochę mniej – około 850. ech.
ale mam ochotę na jakąś pyszną kanapkę. chlebek, ser, maaaaaasło. mmmm.
dzisiaj przyjechała K. i dzwoniła, żeby jej zrobić kanapkę. wyobraźcie sobie – robić kanapkę z bułki, masła, sera żółtego, sałaty i pomidorka – pyszności! nie da się opisać, jak bardzo chciałabym coś takiego zjeść. ale nie zjadłam. K. bardzo smakowało. odebrałyśmy jej okulary, posiedziałyśmy przy herbacie (K. miała gorącą czekoladę), potem znów herbata u niej w domu (jej tato chciał mnie jeszcze nakarmić obiadem). .
coś bym zjadła. coś dobreeego. bolał mnie brzuch po zjedzeniu dzisiaj tych orzechów, w końcu po dwóch dniach, podczas których ruszyłam tylko serek wiejski i to lekki, jak zawsze, była to bomba.
pewnie to kryzys dnia trzeciego (ale dnia milionowego w ogólnym podsumowaniu dietetycznym).
chcę jeść.

PÓŹNIEJ. no i zjadłam. pyszną kanapkę z ciemnego chleba z serem, sałatą i pomidorem. bez masła. i dodałam jeszcze do tego jogurt naturalny z kakaem. jasna cholera. pojechałam jeszcze raz do K., miałam jej rzeczy w torebce, chciałam je tylko podrzucić, ale jej mama mnie złapała i zaproponowała herbatę. była więc i trzecia. więc dodaję do wszystkiego około 500 kalorii. JASNA CHOLERA! J. dziwi się nawet, że smaruję się balsamem „redukującym cellulit, spalającym tłuszcz, wygładzającym nierówności”. „po co ci to?” pyta. nie muszę mu mówić, sam stwierdza, że wybije mi to z głowy jak tylko przyjadę. a przyjadę już za tydzień, a nawet ciut ponad sześć dni.
nie wiem co się dzieje w mojej głowie. wczoraj śniła mi się K., dzisiaj z kolei J. szkoda, że nie śni mi się, że jem – może najadałabym się śpiąc i nie musiałabym jeść w dzień.


dzień drugi.

Brak komentarzy
niedobrze nic nie jeść, brzuch mi się wydął i tak śmiesznie burczał.


dzisiaj: herbata, serek wiejski, trzy migdały. czyli około 200 kalorii.



niedobrze też oglądać odmóżdżające programy dla chudych panienek, bo nie dość, że odmóżdżają to jeszcze dołują.



motywacji nie mam tylko do ćwiczeń, jest zimno i chce mi się spać.
jednostek alkoholu: nadal 0, bo nie ma ochoty na picie aż do 23 X
papierosów: 4
liczba godzin umierania z zimna i deszczu: milion
nic więcej dzisiaj nie jem, popijam wodę. jest fajnie. po zjedzeniu serka wiejskiego jest mi lepiej i brzuch mnie nie boli. aczkolwiek nie czuję, że chudnę – czasem to czuć bardzo.
humor poprawiła mi rozmowa z K. jadę do niej za tydzień, co prawda na chwilę, tak w drodze do J, ale i tak będzie fajnie. tylko pewnie jak zwykle moje nic-niejedzenie skwituje: „znów jesteś na diecie?” i bardzo się ze mnie uśmieje. nie wiem czy jest sens odchudzania, kiedy wiem, że za osiem, no już prawie siedem dni będziemy pić z J. i jeść czekoladę. ale pewnie w jego towarzystwie nie będę mieć takich wyrzutów sumienia. zwłaszcza jak mi znowu powie, że moje uda są najlepsze na świecie. i w tym momencie będą też najszczęśliwszymi udami na świecie.
nie chce mi się odchudzać, ale mimo wszystko przeszłam na dietę. wiem, że będę w niej trwać i trwać, bo innego życia nie umiem sobie wyobrazić. wiem, że jak schudnę to i tak nie będę mogła zjeść miliona batoników bez konsekwencji – i to właśnie przeraża. ale taka już jestem, może kiedyś pod jakimś cudownym wpływem (może J.?) zmienię swoje spojrzenie na siebie.

dzień pierwszy

Brak komentarzy
więc zaczęłam dzień pierwszy. a zaczynamy od wymiarów, żeby wiedzieć dokładnie, co tracimy i tym samym zmotywować się od razu do działania.
65 kg przy 164 cm. czyli BMI wynosi: 24, 167. teoretycznie mieści się to w normie.
poczynając od góry wyglądam tak: 95x78x97.
wiedząc już, czego mam się pozbyć zaczynam. pampampam. czuję się prawie jak Bridget Jones!
jednostek alkoholu: 0
papierosów: 2
na razie nic nie jem, będzie dobrze.

1.

Brak komentarzy


opowiem wam pewną historię. była sobie Dziewczyna, miała prawie wszystko. osiemnaście lat, nieźle się uczyła (choć z tym problemy są zawsze, bo zawsze można lepiej), uwielbiała wszystkim zarządzać i mieć świetne pomysły. z brakiem pieniędzy poradziła sobie błyskawicznie i jako kelnerka sprawdziła się lepiej niż dobrze. zawsze uśmiechnięta, zapłakała może tylko ze dwa razy, kiedy napięcie sięgało zenitu. starała się rzadko obnosić ze swoimi uczuciami, ale i tak za dużo mówiła swoim przyjaciołom. czasem, kiedy okazywało się, że nie może być we wszystkim najlepsza, nie dawała sobie z tym rady. a ze swoim wyglądem nie dawała sobie rady kompletnie. uwielbiała jeść i nienawidziła się za to. nienawidziła się za swoje zbędne kilogramy i to, że przez swój wygląd odpycha od siebie innych ludzi.


i pewnego dnia poznała Jego. nie kochała Go od początku, był śmieszny i sympatyczny, kochany. odmienił Jej życie tym, że zobaczył w Niej coś więcej. mówił, że Ją kocha. właściwie mówi to nadal. mieszkają daleko i Ona ma takie jedno marzenie – żeby po miesiącu rozstania On zobaczył ją nową, odmienioną, SZCZUPŁĄ. mimo że on twierdzi, że uwielbia Jej uda. i uśmiech. wszystko wszystko.


tylko co z tego, kiedy ona cały czas widzi w sobie tą największą wadę, kiedy patrzy w lustro i widzi nieporadną dziewczynę, która musi ukrywać, że tak naprawdę nienawidzi swojego odbicia, nie lubi patrzeć na swoje uda, brzuch, że nawet nie ma swojej ulubionej części ciała, którą chciałaby pokazywać?


chcę schudnąć. chcę być lepsza.i mieć kontrolę nad swoim życiem.


  • RSS